Vie pratique...

22 kwietnia, 2011

Być kobietą...

Napisane w: Do herbaty, Ogólne (0)

Parę dni temu, podczas zakupów w jednej z warszawskich galerii handlowych, byłam świadkiem dość interesującej sceny. Otóż, w sklepie z modą damską, stały obok siebie dwie młode kobiety. No, w zasadzie to miotały się od jednego wieszaka do drugiego, ale.. każda na swój sposób! Pani pierwsza, nazwijmy ją dla porządku „Panią A”, ubrana była w obcisłe dżinsy „rurki” (jak to się teraz modnie mówi), krótki płaszczyk, buty na obcasie, w ręce trzymała kilka reklamówek, wypełnionych ciuchami z innych, równie modnych sklepów, na głowie miała ciemne okulary - słowem seks bomba. Pani B natomiast, będąca niższa od swojej koleżanki o jakieś 20 cm, w martensach, czarnych spodniach (trochę wyblakłych na udach) i znoszonej kurtce przeglądała półkę z koszulkami. Po paru chwilach mojej bezpiecznej kontemplacji owych istot, Pani A odebrała telefon. pokrzyczała na jakiegoś pana, że ona nie będzie nosiła sama tych zakupów, i że on ma w tej chwili wracać i po nią przyjechać, bo to on jest mężczyzną, a ona dłużej tego nie wytrzyma, po czym trzasnęła klapką aparatu i wrzuciła go do torebki, mrucząc coś pod nosem. W tym czasie do sklepu wszedł wysoki, przystojny brunet, z dwójką słodkich brzdąców, uwieszonych na jego ręce. Podszedł do Pani B, po drodze zerkając ukradkiem na Panią A, i od razu zabrał się do komentowania- a, że ta bluzka, co ona ją wybiera, to znowu taka niekobieca, żeby ona się rozejrzała jak ludzie wyglądają (a konkretniej Pani A), bo ona zaczyna tracić swoją kobiecość. Po tym małym wykładzie wcisnął jej maluchy w ramiona, poinformował, że będzie późno (na kolację) i wyszedł. Pani B cichutko westchnęła, odłożyła ciuchy na półkę i również wyszła, kierując się wprost do naprzeciwległego sklepu z zabawkami.

Ja, oczywiście jako osoba widząca wszędzie możliwość to analitycznej aktywności, zaczęłam analizować. Bo czy naprawdę w zestawieniu moich nowo poznanych znajomych, to właśnie Pani A jest kobieca? A co, Pani B już nie? XXI wiek nie jest zbyt ugodowym wiekiem- ma on ścisłą definicję kobiecej kobiety. Bo Kobieca Pani musi chodzić w pięknych, obcisłych ciuchach, podkreślających jej kształty, powinna być cały czas uśmiechnięta, kokieteryjna, łagodna. W zasadzie niech będzie też mądra, inteligentna (ale nie intelektualistka!), świadoma swoich atutów, zmuszająca mężczyzn do uwolnienia ich męskości. Chociaż tak naprawdę, to ważne, żeby miała długie, falujące włosy (i koniecznie nimi uwodzicielsko zarzucała!), chodziła na obcasach (najlepiej w krótkich spódniczkach) i żeby była piękna, no, ewentualnie ładna.

A co z matkami? Czy macierzyństwo nie jest kobiece? No nie, bo przecież po ciąży ma się obwisły brzuch i piersi, przestaje się o siebie dbać i nie wygląda się jak Pani A, „post-ciężarówkom” bliżej jest do Pani B. Kobiece nie jest też dbanie o dom, gotowanie obiadów dla rodziny, sprzątanie, szykowanie dzieciaków do szkoły. To jest dla Matki Polki.

Ale to jeszcze nic. Problem pojawia się gdy kobieta, która sądzi, że jest kobieca, spotyka się z mężczyzną, który przez lupę powiększająca tej kobiecości w niej nie widzi. Ona w szerokich spodniach, adidasach, rozciągniętych bluzach, z pełną muskulaturą, w końcu maratonistka, czuje się w sobie dobrze , twierdzi, że właśnie taki styl życia i ubierania czyni ją kobiecą. On natomiast usilnie kupuje jej na każde urodziny i imieniny, obcisłą, ołówkową spódnicę, czerwoną szminkę czy karnet do klubu SPA, czy bóg wie jakiego symbolu kobiety XXI wieku. I kłócą się dzień w dzień, bo ona po prostu nie lubi chodzić w spódnicy, bo jakoś zawsze robią jej się oczka w rajstopach, szminka przeszkadza, a w SPA jest nudno. Ona woli być naturalna, bo dla niej naturalna to kobieca, czuje się seksowna bez makijażu i szpilek w kuchni z dzieciakami. On jest więc tak bardzo przywiązany do stereotypów, że zostawia swoją Kobiecą kobietę i idzie na poszukiwania tej „prawdziwej” kobiecej i znajduje - kobietę lanserkę-lianę (pewnie byłą lesbijkę), która naoglądała się tap model’ów, caffe Polsat i naczytała Joy’a. I tak sobie idą przez świat – ona nieporadna życiowo (chodzi za to z gracją!), z ogromnymi piersiami i okropnie obcisłymi spodniami i on, niczym młody bóg, czujący się niesamowicie męsko i trendy z taką dziewczyną.

hasło jabberowskie uroczście odzyskane, dobrych świąt!

  • Grunt to znać swoich uczniów!

    Z dzisiejszej rozmowy z panią od geografii:
    -Dziecko, przyjdź w środę.

    -Ale pani profesor, mnie w środę nie ma, koncert mam...

    -Trudno. Musisz coś wymyśleć.

    -Ale w z zasadzie co ja mam zaliczyć?

    -Choćby ruch obiegowy ziemi.

    -Pani profesor, zaliczałam już to.

    -Ale dziecko, to jest podstawa, a nóż maturę z geografii będziesz zdawać chciała.

    -Zaliczyłam przecież ten materiał na db

    -Niemożliwe!

    -Proszę spojrzeć w dziennik.

    -Co?! Kto cie uczy geografi?!

    (tu wzrok, którym chce zabić owego delikwenta) -Ja dziecko nie mam czasu, ja musze iść do swoich uczniów. CześćPapaDowidzenia!

Galeria

O mnie

trochę paszportu:

-urodziłam się w woj.zachodnipomorskim, w nim też mieszkam i żyję od siedemnastu lat. Swoją miłość do Szczecina dzielę przez miłość do Wrocławia (drugiego domu) i wychodzi, że dla tego pierwszego mam jej tylko tyle, ile trzeba by pomieścić w niej wszystkich ważnych dla mnie mieszkańców.

-od prawie trzech lat siedzę w murach dziewiątego lo, które zajmuje zaszczytną pozycję w "świętym sześciokącie", na który składa się własnie IXlo, Szkoła Muzyczna IIst, Akademia Muzyczna, Książnica Pomorska, Berti i Plac Orła Białego. Szczecinianie wiedzą, że każde z tych miejsc dzieli od siebie jakieś 50-150m.

-jako dziecko, które nie poznało jeszcze uroków życia, zaprzyjaźniłam się z jedną odnogą sztuki- muzyką, której też i poświęciłam 12 lat swojego życia. Harfa, fortepian a przede wszystkim wiolonczela zajęły w nim najwyższe miejsce. Ale od kiedy wpływ rodziców na moje wychowanie trochę osłabł, odkryłam coś równie pięknego, w czym zakochałam się bez pamięci- teatr. I właśnie temu pragnę się poświęcić w przyszłości. Muzykę zaczęłam więc traktować bardziej hobbystycznie aniżeli jako przyszły chleb.

-polityką się nie interesuję. Z reguły. Bo czasem potrafię włączyć telewizor i słuchać bez przerwy debat czy wywiadów. Ale to pewnie efekt jakiegoś "spaczenia" mojego humanistycznie zaplądrowanego mózgu. Stąd nie lubię matmy. Żadna nowość. Ale myślę, że bym ją polubiła, gdyby ktoś odkrył przede mną jej uroki. Póki co męczę francuski i angielski, i dzięki bogu, jakoś to idzie.